|
IDEA PROKOM OPEN – SOPOT 2004, CZYLI PRZYSPIESZONY KURS POLSKIEGO
Jeszcze na dwa tygodnie przed IPO nie byłam do końca zdecydowana na ten wyjazd. Przyczyną były problemy osobiste, które, pozwolicie, zachowam dla siebie. Jednak ostatecznie podjęłam decyzję, że coś mi się od życia należy i do Sopotu pojechałam. Szczerze mówiąc, przed wyjazdem sądziłam, że turniej będzie raczej przeciętny, i pewnie dla wielu był. Dla mnie jednak był to jeden z bardziej udanych wyjazdów wakacyjnych. Oprócz tego wszystkiego, co związane było z turniejem spotkałam się ze znajomymi, których nie widziałam od pół roku, a niektórych nawet rok. Udało mi się zawrzeć nowe znajomości, które mam nadzieję kontynuować. To, co się działo w Sopocie było naprawdę zwariowane i żadna relacja nie jest w stanie tego odzwierciedlić. Mam tyko nadzieję, że dzięki naszym sprawozdaniom poczujecie się choć trochę jakbyście sami tam byli.
No to jedziemy (notabene, to bardzo często powtarzane słowo w Sopocie)!
PIĄTEK, 6 sierpnia – Otwieram lodówkę, a tam Laura...
Moja podróż do Sopotu przebiegła bez zakłóceń i dokładnie o 12.30 byłam już na miejscu. Swój pobyt w nadmorskim kurorcie rozpoczęłam mocnym akcentem, a mianowicie sprintem przez cały wagon z walizką cięższą ode mnie w kierunku wyjścia (kto mógł przypuszczać, że drzwi po prawej stronie się nie otworzą?). Na peronie już czekała na mnie Laura (czyli Beckhamowa). Na widok mojego bagażu zrobiła niewyraźną minę, ale dzielnie pomogła mi zatahać walizkę na ostatnie piętro kamienicy, w której miałyśmy mieszkać. Co w pierwszej kolejności robi człowiek przyjeżdżający na turniej tenisowy? Oczywiście idzie na plażę :D Miałam z tym jednak jeden podstawowy problem, mianowicie brak kostiumu kąpielowego. Problem postanowiłam szybko rozwiązać udając się na zakupy z Laurą u boku. Kostium kupiłam po jakichś 15-20 minutach. Był w kolorze niebieskim, a dom handlowy nazywał się LAURA. Szybciutko udałyśmy się do domu, aby przywdziać bardziej odpowiedni na plażę strój i po ok. 30 minutach byłyśmy już na miejscu. Ambitny plan Laury, by nauczyć mnie pływać szybko okazał się niewykonalny, zadowoliłyśmy się więc dziecięcą zabawą w łapanie fal. Gdy już miałyśmy dosyć postanowiłyśmy trochę pogrzać kości na słońcu. I gdy tak gadałyśmy o wszystkim i o niczym, usłyszałam nagle rozmowę w języku hiszpańskim toczącą się tuż nad naszymi głowami. Kiedy odwróciłam głowę, moje oczy napotkały wzrok świetnie zbudowanego Latynosa i jego nie mniej świetnie zbudowanego kolegi. Nie miałam wątpliwości, że musieli to być tenisiści, a to moje przekonanie znalazło swoje uzasadnienie, kiedy wyszłyśmy z plaży i zobaczyłyśmy rzeczonych Latynosów wchodzących na teren kortów. Jeszcze tego samego dnia śmignęli mi tam gdzieś między kortami, aczkolwiek do dziś nie wiem, których tenisistów miałyśmy przyjemność spotkać. Gdy w jakąś godzinę po zakończeniu plażowania przekraczałyśmy bramę dzielącą nas od kortów treningowych, nie myślałam, że wizyta ta będzie tak udana. Oto moim oczom ukazał się jeden z moich największych idoli tenisowych, Alex Corretja. Szczerze mówiąc, szczęka mi opadła i odpowiedziałam milczeniem na uporczywe pytania Laury: "to Alex? to Alex? to Alex? ...". Po minucie zdołałam tylko wykrztusić zdawkowe: "aha...". Po treningu oczywiście nie pozwoliłam spokojnie odejść mojemu idolowi. Dostałam prześliczny autograf jako pierwsza osoba w Polsce i zrobiłam, a raczej Laura zrobiła, cudowne zdjęcie moje, Alexa i jego ręcznika, którym był owinięty. Moja mama powiedziała później, że wygląda to tak, jakbym go wyciągnęła prosto spod prysznica. Byłam tym wydarzeniem tak zaaferowana, że olałam później wszystkich Latynosów, którzy mnie tego dnia mijali. Poza tym, na ten temat wiele może powiedzieć też Laura, która jeszcze długo będzie się wzdrygać ze strachem na dźwięk nazwiska Alexa. Jeszcze tego samego dnia do Sopotu zawitała Ola (Soberry), której czym prędzej pokazałyśmy z Laurą hotel Haffner. Z hotelu Haffner wyniosłam tego lata wiele wspomnień oraz firmowy długopis z nazwą hotelu. Nabyte umiejętności wykorzystałam też podczas treningów, skąd zachachmęciłam piłeczkę :D
SOBOTA, 7 sierpnia – Sobowtóry są wśród nas.
Dzień upłynął pod znakiem zastanawiania się czy tenisista potocznie zwany a'la Andriejewem to faktycznie młodzian z Rosji czy tylko jakaś wyjątkowo udana podróba. Przodowała w tym Laura, której przystojny młody człowiek wyraźnie wpadł w oko. A'la Andriejew wiedział, co to promocja. Przez cały dzień przechadzał się to tu, to tam na terenie kortów treningowych. Za nim wzrokiem podążała Laura powtarzając pytanie "Czy to jest Andriejew??" z częstotliwością trzydziestu razy na godzinę. W końcu i mi udzieliło się to dziwne zainteresowanie szczupłym blondynem i tylko fakt, że byłam trzeźwa powstrzymał mnie od podejścia i spytania go o nazwisko. Laura jednak nie wytrzymała i po raz kolejny zamieniłam się w naczelnego fotografa i pstryknęłam jej fotkę z jej nowym idolem. Niestety, autograf jaki nabazgrał nie był w stanie zdradzić nam godności jego właściciela. Sprawa wyjaśniła się sama, bowiem mama Natalii zawarła dość bliską znajomość z trenerem a'la Andriejewa a sama Natalia radośnie oznajmiła mi, że chłopiec nazywa się Juska a jego hobby to wbrew pozorom nie jest gra w tenisa, lecz walenie rakietami o ziemię, ławeczkę tudzież inne przedmioty znajdujące się pod ręką. W Sopocie miał tylko jedną rakietę, w dodatku pożyczoną, a i tak nie zamierzał traktować jej ulgowo. Początek dnia to jednak nie był tenis, ani nawet nie stanie pod treningowymi czy przechadzanie się po hotelu. Początek dnia to przyjazd Natalii i jej mamy oraz nasz (mój i Laury) ambitny plan, by wstać o 7.00 i przyjąć gości jak należy (obie miały do południa przebywać w naszym pokoju, bo poprzedni goście z drugiego jeszcze się nie wyprowadzili). Niestety, kolejny plan spalił na panewce i gości przyjęłyśmy w pidżamach, leżąc w niepościelanych łóżkach. Dobrze, że chociaż zęby zdążyłyśmy umyć :P Podczas gdy mama Natalii robiła zakupy (skąd ona ma tyle energii??) my męczyłyśmy kanapki, a Natalia nie zwracając uwagi na nasze paplanie uzupełniała pamiętnik. W końcu udałyśmy się na korty, a że pierwsze mecze nie należały do zbyt interesujących pokręciłyśmy się trochę koło treningowych. Muszę powiedzieć, że tego dnia zrobiłam prawdziwą furorę, wszyscy tenisiści chcieli sobie robić ze mną zdjęcia: Delfino, Domachowska, Blanco, Kubot, Garcia A., Llagostera, Garcia P., Garcia Lopez, de Luna, Vasselin, Burniol. Nie byłam w stanie im odmówić, więc cierpliwie pozowałam do kolejnych zdjęć :D Było różnie. Niektórzy kładli ręce nie tam gdzie trzeba, niektórzy obejmowali tak mocno jakby się bali, że im ucieknę (pozdro Mariano :)), a jeszcze inni nie zapominali o swoich przyjaciołach :D Przykładem niech będzie Guillermo Garcia Lopez, do którego podeszłam jak wychodził ze swoim bratem bliźniakiem, Jose Antonio Sanchezem de Luną. Tak właściwie to się szykowałam najpierw do Jose, bo szedł pierwszy. Zanim jednak naszykowałam aparat i dobiegłam do nich, Jose był już przede mną, dopadłam więc Guillermo i poprosiłam o autograf i fotę. Guillermo był naprawdę szczęśliwy, co widać po zdjęciu (które zeskanuję pewnie na gwiazdkę), po czym wskazując na de Lunę powiedział: "he's too, he's too". Nie myśląc wiele odpowiedziałam "I know" i chwilę później miałam już fotę z cichociemnym Księżycem. Każde zdjęcie zrobione w Sopocie ma swoją historię, nie inaczej było ze zdjęciem z Nurią Llagosterą Vives i Paulą Garcią. Najpierw nie zauważyłam jak obie panie wchodziły na korty treningowe (for oplakietkowani only) by chwilę później wrąbać się na teren strzeżony wykorzystując zauroczenie ochroniarza moimi nowo poznanymi koleżankami. Nuria i Paula nie okazały zdziwienia i spokojnie podpisały się w moim notesie, podczas gdy Natalia odkrywała tajniki mojego aparatu fotograficznego. Niestety, nie poznała ich widać do końca, sądząc po kwestii: "to się nie robi". Mi smutno nie było, wręcz przeciwnie, było mi niezmiernie wesoło, bo nad Natalią stał Burniol z ekipą hiszpańską dbając o to byśmy się śmiały do zdjęcia i machając Natalii nad głową. Jako prawdziwy gentleman postanowił pomóc niewiaście i zaproponował zrobienie nam zdjęcia. Sesja była udana, wypada mi tylko pogratulować Guillemowi umiejętności. Niestety, humor Hiszpanom popsuł się szybko. Najpierw Burniol wtopił ze Squillarim, zwanym Szczękościskiem (a przez niektórych pieszczotliwie Kaloryferem, powód zachowam dla siebie :P). Potem de Luna nie był w stanie poradzić sobie ze zdecydowanie lepiej dysponowanym Francuzem Roger-Vasselinem. Honor Armady uratował Garcia Lopez, wygrywając z Prieto, nie poprawiło to jednak nastrojów panujących w ekipie. Wieczorem, udałyśmy się we czwórkę na umówione spotkanie w Copacabanie. Oprócz nas nie zjawił się nikt, ale nie ma czego żałować, przynajmniej mogłyśmy uskutecznić babskie ploteczki. Kiedy już znudziło nam się siedzenie na zimnym piasku, postanowiłyśmy wybrać się na spacer po Monciaku. Nie minęła chwila, gdy Natalia bystrym okiem wypatrzyła w tłumie latynoskich tenisistów dwóch. Rozdzieliłyśmy się. Laura i Ola poszły rozmawiać o tenisistkach, a my z Natalią odszukałyśmy bohaterów wieczoru. Adriana dorwałyśmy jak oglądał kiełbaski. Chyba nie bardzo wpadły mu w oko, w przeciwieństwie do nas :P Oczywiście chętnie zgodziłyśmy się zdjęcia :D a Adrian uczył Natalię jak działa lampa błyskowa w jej aparacie. Potem zauważyłyśmy, że Mariano Delfino nie bardzo może zrozumieć zasady funkcjonowania tzw. kolejki w naszym pięknym kraju. Poruszone jego bezradnością zaproponowałyśmy pomoc i dokonałyśmy pożądanego przez Mariano zakupu. Teraz już nie mógł mi odmówić i wyrwany od świeżo zakupionych pierogów chętnie zapozował do zdjęcia, co Adrian skwitował krótkim "que carrera! que carrera!" Wydarzenie to nie pozbawiło ich jednak skromności, gdyż już następnego dnia wymieniając spojrzenia z Mariano zauważyłam, że ciągle jest nieśmiały i chyba lekko zawstydzony tą swoją nagłą "popularnością" :P
NIEDZIELA, 8 sierpnia – I kto tu jest cichociemny?
Dzień rozpoczęłyśmy od szwędania się koło treningowych. Powiecie, że to dużo? A ja Wam powiem, że to nic w porównaniu do tego co wyprawiała Dina, Karolina, "Francja" i jeszcze kilka innych osób, których imion nie pamiętam. No więc, spacerowałyśmy sobie pomiędzy kortami i robiłyśmy foty z takimi gwiazdami jak Prieto, Marrero, Mathieu czy Portas. W pewnej chwili któraś co bardziej przytomna dziewczyna wypatrzyła wśród zgrai Latynoskich amantów cichego blondyna o jakże znajomym nazwisku Łuczak. Piotruś okazał się bardzo sympatyczną osobą, dającą sobie radę w komunikacji językiem polskim. Chętnie robił sobie z wszystkimi zdjęcia, a jego "cześć" zwalało z nóg :P Potem poszłam popatrzeć trochę na mecze. W końcu w przeciwieństwie do niektórych pojechałam tam na turniej tenisowy a nie na łapankę. I gdy "spokojnie" oglądałam sobie mecz Corretja – Vanek na centralnym, dostałam wiadomość od Natalii pod tytułem "chyba widziałam Juana Mónaco". Kolesia mijałyśmy tego dnia jeszcze kilka razy, jednak ja uparcie twierdziłam, że to nie może być Mónaco, bo jest za ładny. Okazało się, że nie miałam racji, a fotoreporterzy uwzięli się na Juana i robili mu wcześniej brzydkie zdjęcia. Juan był bardzo zaskoczony, że ktokolwiek w Polsce o nim słyszał (podobnie jak dzień wcześniej Adrian, który zrobił duże oczy jak go poprosiłam o fotę pod treningowymi), tym bardziej starał się ładnie wypaść przed obiektywem. Natalia uskuteczniała znowu nowy sposób na podryw Latynosów i Mónaco musiało jej tłumaczyć, że robiąc zdjęcia moim aparatem "you have to wait a little". Wskutek tego mam cudowne zdjęcie z Monakitem i bardzo artystyczne zdjęcie Agaty z forum. W tym czasie spotkałam też Madzię Kiszczyńską, niestety nie pamiętam kto robił mi z nią fotę, więc żądzę mordu muszę odłożyć na później. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o Polaków to Magda robi na mnie największe wrażenie. Jest strasznie miła i sympatyczna, a do tego niezmiernie skromna. O takie cechy szalenie dziś trudno, tym bardziej więc doceniam to u Magdy. Niestety, na korcie jej nie poszło, a szkoda, bo młodziutka Mistrzyni Polski szybko musiała pożegnać się z turniejem. Meczu nie widziałam, bo oglądałam wtedy chilijsko-hiszpański debel, a było to we wtorek. W niedzielę okazało się również, że nie wszyscy tenisiści są równie entuzjastycznie nastawieni do robienia sobie ze mną zdjęć co Adrian. Najpierw olał mnie Acasuso tłumacząc się: "after after". Zrozumiałam, że spieszy mu się na trening, nie chowałam zatem urazy :D A zdjęcia i tak nie mam, bowiem zbyt często Acasuso dosiadał się do nas na meczach i czułabym się niezręcznie prosząc "znajomego" o fotę po kilku takich "spotkaniach". Jose nie zając, nie ucieknie :P Potem olał mnie jeszcze Safin, który jak nikt inny zna się na zegarku. Krzycząc "just a second" uciekał aż się za nim kurzyło i to nie tylko przede mną. Pomyślałam sobie trudno, jego strata :P Drugiej okazji na zdjęcie ze mną miał nie będzie, więc niech teraz on się martwi :P Po mnie olał jeszcze nie tylko napalone fanki czy tylko trochę mniej napalonych fanów, którzy zlecieli się do niego jak muchy do gówna, ale również dzieci, które podeszły do niego we wtorek po meczu. Został za to słusznie wygwizdany i "wybuczany". No cóż, mogę zrozumieć zmęczenie natarczywymi fanami, ale olać dzieci po meczu?? Wygranym meczu?? No cóż, pewnie spieszyło mu się, żeby obgadać z trenerem strategię podłożenia się w kolejnym, bo już następnego dnia bardzo chętnie podpisywał autografy. Mimo tego jego gwiazdorskie zachowanie dzieci od podawania piłek skwitowały krótko: "cham". Kto jak kto, ale dzieci znają się na ludziach. Obejrzawszy dokonanie zemsty na Vasselinie przez Garcię Lopeza z braku laku postanowiłam obejrzeć rozpoczynający się mecz deblowy na korcie nr 6, w którym grała Marta Domachowska. Na początku Marta i jej partnerka psuły wszystko, co im pod rakietę podeszło. Szybko jednak doszły do siebie i pokazały naprawdę świetny tenis. Z rozmyślań nad umiejętnościami Marty wyrwał mnie donośny okrzyk Natalii: "Kaśka!!!!" Wystraszona nie na żarty perspektywą dokonującej się okrutnej zbrodni będącej udziałem Natalii spojrzałam w jej kierunku. Miała obie ręce, obie nogi, i głowę na miejscu, nie zauważyłam też śladów krwi na jej ubraniu. Zauważyłam za to jej żywe gesty wskazujące na sąsiadujący kort nr 5. Niestety, trybuny przesłaniały mi widok, postanowiłam zatem zejść i zobaczyć jaki jest powód wyciągania mnie z meczu deblowego z udziałem Polki. Zanim jeszcze doszłam na miejsce, Natalia nie wytrzymała i zdradziła mi ów palący sekret. Otóż na korty treningowe dotarł ulubieniec sopockiej publiczności, Rafael Nadal z Hiszpanii, który za sparingpartnera obrał sobie Galo Blanco. Serce zabiło mi mocniej, w końcu nie co dzień mam okazję zobaczyć trening mojego odkrycia tenisowego. Ludzi nie było za wiele, mogłam więc spokojnie zająć się obserwacją. Tylko gdzieś w rogu zebrała się grupka dzieciaków od podawania piłek czających się, aby przy najbliższej okazji rzucić się na Rafiego. Jeszcze przed treningiem Natalia ustawiła Rafiego do zdjęcia mówiąc słodkie "Rafael smile", co on bez mrugnięcia okiem uczynił :) Trening obie z Natalią wykorzystałyśmy w celu nauczenia się podstawowych zwrotów w języku hiszpańskim. Najbardziej do gustu przypadły nam okrzyki Nadala "mala bola" rzucane po każdej piłce wpakowanej w siatę. Po pewnym czasie same włączyłyśmy się do okrzyków. "Mecz o wszystko" wygrał Blanco, po czym w geście zwycięstwa padł na kolana, za co dostał ode mnie gromkie brawa (dlaczego tylko ja biłam brawo?). Nadal za karę wykonał marsz na czworakach od linii końcowej do siatki wspomagany miarowymi oklaskami kilkunastoosobowej publiczności. Śmiał się sam z siebie, za co lubię go jeszcze bardziej. Wykończony Blanco udał się pod prysznic, a Rafi poćwiczył jeszcze serwis. Przy wyjściu z kortu rzuciły się na niego dzieciaki, a my z Laurą musiałyśmy czekać dobre 5 minut aż go stamtąd wypuszczą :P Wieczór miałyśmy spędzić na spacerze z mamą Natalii i szybszym niż dzień wcześniej położeniu się spać, ponieważ Natalia miała poświęcić trochę czasu mamie. Spacer przerodził się w kolację w hotelu Haffner, w kórym to przyłapałyśmy jednego z Argentinosów na paleniu szluga. Ten, gdy tylko nas zobaczył, od razu schował się w pokoju :P Poznałyśmy go na drugi dzień po... szlugu :) Wtedy też okazało się, że jest to jeden z trenerów argentyńskich, ciągle nie wiem który, teorii jest kilka. Z tego też powodu nazwany został po prostu "trenerem od szluga". Aha, muszę się jeszcze pochwalić, że dałam upust mojej ciekawości, i gdy tylko rzuciłam okiem na menu od razu zdecydowałam, co wybrać. "Poproszę Monaco", oznajmiłam kelnerowi. Po kolacji Natalia z mamą udały się w swoją stronę, a ja z Laurą poszłyśmy na molo i właśnie miałyśmy udać się do domu, kiedy o zawał serca przyprawił mnie sms od Natalii, mówiący że w Copie są nasi znajomi Hiszpanie. Takiej okazji przepuścić nie mogłam, zaciągnęłam więc prawie siłą Laurę na miejsce. Laura i mama Natalii zostawiły nas same z Latynosami i udały się do domu. Przypominają mi się słowa jednego naszego forumowego kolegi, że Juan Mónaco jest cichociemny. Nic bardziej mylnego. Juan jest może trochę nieśmiały, ale bardzo chętny do rozmowy i miły. A cichociemni okazali się właśnie nasi hiszpańscy koledzy. Rekordy bił de Luna stojąc pół godziny w jednym miejscu i machając rytmicznie głową w górę i w dół. Towarzyszył mu Garcia Lopez, który jednak wg Natalii przyszedł z jakąś laską, więc jego zachowanie można usprawiedliwić. Najlepiej bawił się Burniol lecąc w ślinkę z jakąś blondyną, czym zapewne rekompensował sobie nieudany start w turnieju, oraz Felix Mantilla, który bezskutecznie starał się rozbawić towarzystwo. "Cieplutki" już Portas spędzał godziny przy barze a Seppi snuł się wokoło jakby mu ojca czy matkę zabili. Cóż, nie miałyśmy zamiaru stać i się przyglądać, więc bawiłyśmy się dopóki do naszej świadomości nie dotarł fakt, że nie mamy klucza od mieszkania, a głupio będzie budzić wszystkich nad ranem. Pośpiesznym krokiem udałyśmy się zatem w stronę domu.
PONIEDZIAŁEK, 9 sierpnia – Przyspieszony kurs polskiego.
Dzień zaczął się dość leniwie. Pierwsze mecze zaplanowane były dopiero na godzinę 14.30, miałyśmy zatem mnóstwo czasu i nie bardzo wiedziałyśmy co z tym czasem zrobić. Gdzieś koło godziny 13.00 udałyśmy się z Natalią do kafejki internetowej. Podczas gdy Natalia pisała już swoim znajomym o tym, kto siedzi koło nas, ja zauważyłam szanownych gości z Australii dopiero jak wstałam od komputera. Piotrek Łuczak był tak zaaferowany kontaktem z przyjaciółmi z Australii, że na radosne "Cześć!" Natalii podskoczył na krześle. Z jego tatą natomiast zaprzyjaźniłyśmy się już przy wyjściu, kiedy to uczył nas jak otworzyć bramę stanowiącą jedyne wyjście na dziedziniec. Jeszcze tego samego dnia spotkałyśmy go wieczorem w drodze na mecz deblowy z udziałem Jans i Rosolskiej, kiedy to podzielił się z nami swoimi radościami z pobytu w Polsce. Tego dnia skupiłam się na meczach, rozgrywanych niestety w tym samym czasie. I tak już o godzinie 14.30 rozdzieliłyśmy się z Natalią, ona poszła dopingować Juana Mónaco na jedynce, ja udałam się na centralny aby wspomóc naszego znajomego z Chile. Adrian grał dobrze, choć nie zachwycał. Pierwszy serwis miał do bani, ale zauważyłam, że jego gra jest bardzo ryzykowna. Adrian gra zdecydowanie, szuka linii, ma cudowny backhand i jeszcze cudowniejsze woleje. Davydenko był zdecydowanie nie w formie. Wprawdzie wielu błędów nie popełniał, ale nie popełniał też niestety wielu dobrych zagrań. Adrian okazał się skuteczniejszy i to on wygrał spotkanie, co zostało przyjęte jako ogromna niespodzianka turnieju. Dzięki temu, że na korcie numer 1 dokonywał się thriller, zdążyłam na końcówkę drugiego i trzeci set. Zauważyłam już, że Natalia wprowadziła w życie polski doping, a co zdziwiło mnie jeszcze bardziej Juan zdawał się wszystko rozumieć. Włączyłam się więc w doping, jednak z uwagi na przeciwnika, którym był Beto Martin z Hiszpanii, nie byłam w stanie poświęcić się wyłącznie dopingowaniu Argentyńczyka. Zarówno Beto jak i Juan rozgrywali jeszcze tego samego dnia mecze deblowe, a ja znowu zmuszona byłam wybierać, który mecz zaszczycić swoją obecnością. Na początek wybrałam mecz na korcie numer 2, Garcia-Lopez/Portas – Martin/Nadal. Siedziałam jak zwykle w otoczeniu coachów i reszty ekipy, robiłam notatki (takie zboczenie mam – robienie notatek, nie siedzenie koło coachów, to oni się dosiedli) i udawałam, że nie widzę zdziwionych spojrzeń Espaniolów. Zdążyłam zauważyć między innymi że Martin i Nadal grają w takim ustawieniu jak Marcin i Mariusz, czyli leworęczny Nadal po prawej stronie, a praworęczny Martin po lewej. Martin świetnie gra przy siatce, zupełnie nie rozumiem dlaczego tak rzadko do niej chodzi w singlu. Wchodziły mu wszystkie woleje, akcje atakujące miał na najwyższym poziomie. Jeszcze lepiej grał Nadal, woleje pierwsza klasa, a kiedy trzeba było mocniej przyłożyć, też nie miał sobie równych. Do tego dochodziły świetne rozwiązania taktyczne. Po pewnym czasie zdecydowałam, że ich zwycięstwo jest pewne i przeniosłam się na kort numer 3, gdzie wspomagałam Natalię w dopingowaniu Artoniego i Mónaco. Tego dnia zdumienie ekipy argentyńskiej nie znało granic. Jako że włosko-argentyński debel walczył z Hiszpanami Ferrer/Hernandez, jasne było dla Acasuso i jego kolegów, że będę dopingować Hiszpanów. Jakież było ich zdziwienie, kiedy z moich ust wyrwało się donośne "vamos Mónaco!" Poniżej nas siedział trener Monaco i jacyś Włosi (przepraszam, ale na Włochach się nie znam, zapewne też byli to coachowie), a Mónaco nie wiedziało już kogo słuchać, coacha czy nas :D To właśnie wtedy przypomniałyśmy sobie dosyć głośno, że "coaching is forbidden", co zdawało się nie wpłynąć negatywnie na Argentyńczyka siedzącego dwa krzesełka niżej. To był drugi raz, kiedy okazało się, że doping może zdziałać cuda i debel włosko-argentyński niespodziewanie znalazł się w ćwierćfinale (w którym notabene gładziutko poleciał). Aha, i jeszcze jedna rzecz warta odnotowania. To właśnie podczas ostatniego meczu deblowego wzięłam Arnolda za geja. Tzn. wtedy jeszcze nie poznałam, że to Arnold, a jego wygląd wydał mi się jednoznaczny. Na drugi dzień mówię do Natalii: "patrz, to ten Argentinos co wygląda jak gej", Natalia po chwili wahania: "a czy to nie jest Arnold?".
WTOREK, 10 sierpnia – Los Pozeros Argentinos / wybieramy przebój IPO 2004
Wtorek... to był bardzo emocjonujący dzień pod względem rozgrywanych meczów. Na pierwszy ogień poszedł Nadal i Hanescu, a ja nie mogłam oczom uwierzyć i to wcale nie z powodu Latynosa na korcie, tylko z powodu tłumów, jakie się na nim pojawiły. Chyba sami tenisiści musieli się zdziwić, gdyż trybuny wypełnione były po brzegi i liczba widzów ustępowała tylko finałowi. "No to już po dopingu", powiedziałam do siebie, marząc o kibicowaniu z prawdziwego zdarzenia, takim, jakie miało miejsce chociażby na jedynce. Nadal poradził sobie zaskakująco łatwo, więc bez pośpiechu udałam się w stronę naszego ulubionego kortu numer 3, gdzie lada chwila mieli pokazać się Cermak i Friedl oraz A. Garcia i Lopez Moron. Cermak i Friedl to jedni z moich ulubionych deblistów, cieszyłam się więc, że będę mogła zobaczyć ich na żywo. Z drugiej strony, nie mogłam zawieść Adriana :P Zdecydowałam się więc na połączenie sił z Natalią i przez cały mecz ostro kibicowałyśmy tenisistom z góry skazanym na porażkę. Oni też chyba zdawali sobie z tego sprawę, bowiem na korcie bardziej bawili się niż grali. Adrian cieszył się bezustannie, nawet po zepsutych piłkach... no cóż, nie ma to jak dobry nastrój :D Cermak i Friedl nie zaczęli dobrze, i pojawił się cień nadziei na niespodziankę turnieju. Jednak, jako że nie są to pierwsi lepsi debliści, szybko odzyskali koncentrację i rozstrzygnęli pojedynek na swoją korzyść. Następny punkt programu to znowu kort centralny i play of the day: Marat Safin vs. Galo Blanco. Na wejście Blanco dostał brawa, Safin – aplauz niczym solistka w La Scali. Wiedziałam już, że na wsparcie w dopingu nie mam co liczyć. Nie przeraziło mnie to jednak i przy każdej nadarzającej się okazji krzyczałam "vamos Blanco!" O dziwo, udawało mu się w takich momentach wychodzić z trudnych sytuacji. Chyba jednak krzyczałam za mało, bo w rezultacie Galo przegrał, a Safin został wygwizdany za olanie dzieci. Na meczu Przysiężnego z Acasuso wolałam już nie ryzykować. Zresztą, mimo, że Michała sympatią nie darzę, to jako Polakowi życzyłam mu zwycięstwa. Aczkolwiek wygrana Jose też jakoś mnie nie zmartwiła. Przysiężny zresztą w niewielu momentach istniał na korcie, miał kilka ładnych zagrań, ale to wszystko. Kontuzja Michała nie stanowi żadnej wymówki, bo Jose ciągle gra z niezaleczoną kontuzją, a doszedł do finału. Ogromna przepaść dzieli Polaków od reszty świata, to smutne. Warto jeszcze wspomnieć o niesamowitej chemii jaka wytworzyła się pomiędzy Natalią a Juanem Mónaco :P Otóż, gdy ja z zapartym tchem śledziłam wydarzenia na korcie, Natalia w jednej sekundzie wyłapała w tłumie wchodzącego na trybunę B Juana z resztą ekipy zwanej "los pozeros argentinos". El dreso, bo tak zaprezentował nam się Juan, zamiast oglądać kolegę na korcie, oglądał koleżankę na trybunie C. Natalia musiała robić wrażenie, bo cały czas nadawał kolegom na ucho, a oni udawali, że nie patrzą w naszą stronę. Wieczorem jak zwykle nie mogłyśmy z Natalią usiedzieć w domu, wybrałyśmy się (znowu jak zwykle) więc do Copy. Chwilę potańczyłyśmy i pouśmiechałyśmy się do Felixa i jego kolegi podpierającego ścianę. Udało nam się również odkryć jeden z talentów Felka, a mianowicie wyrywanie lasek. Nie wiem co on takiego ma w sobie, ale wystarczyły dwa słowa a efektowna blondyna od razu poszła za nim :P Niestety, kolega został sam, a my nie miałyśmy czasu żeby zająć go rozmową, bo w klubie było 1) duszno 2) ciasno. Wiedzione zapewne kobiecym instynktem dotarłyśmy do Galaxy, gdzie już w najlepsze bawili się sędziowie z NASZYM Giorgiem na czele. Mutis palił szlugi przy barze (grunt to mieć dobry nastrój na imprezie), a di Pasquale szlajał się od stolika do stolika. Trener Acasuso natomiast był tego wieczoru zajęty mówieniem nam cześć. Kiedy wreszcie muzyka stała się znośna a my zaczęłyśmy się dobrze bawić, na salę wszedł a'la tanecznym krokiem Adrian Garcia uruchamiając przy tym różne partie mięśni działające w rytm Dragostea Din Tei. Nieco speszył się na nasz widok, nie chcąc jednak wyjść na nieśmiałego chłoptasia nie przestawał "tańczyć". Wygibasy potrwały jeszcze trochę, do czasu, kiedy Adrian nie znalazł sobie ciekawszego zajęcia przy barze. W tym czasie my z Natalią przestałyśmy już zwracać uwagę na standard muzyki ryczącej z głośników, ja natomiast zwróciłam uwagę na fakt "wyrywania laski" przez Adriana (ach ta kobieca zazdrość :P). Wystarczyło mi że zobaczyłam kawałek ciemnej grzywki i już wysnułam daleko idące wnioski. Natalia poszła dalej. Udając, że potrzebuje więcej miejsca do poddania się rytmowi przesuwała się miarowo do tyłu w celu uzyskania dobrej widoczności. Z lekkim zdziwieniem oznajmiła mi, że owa laska to Giorgio, na co ja zareagowałam: "Giorgio? No coś ty?!" Jak się chwilę później okazało Natalia miała rację, a ja wolałam nie podejmować tego tematu do końca turnieju. Tego wieczoru wybrałyśmy też przebój IPO 2004, którym zostało "You might trick me once, I won't let you trick me twice". Tak mógłby zaśpiewać Vasselin stołkowemu w trakcie meczu z Guillermo Garcią Lopezem.
ŚRODA, 11 sierpnia – Nasz kumpel Sebastian
Środa zaczęła się dla mnie złością pomieszaną z bezradnością z odrobiną niedowierzania i nutką histerycznego śmiechu. Dowiedziałam się wtedy, że mimo wcześniejszej umowy nie będę mogła zostać tam gdzie mieszkałam trzy dni dłużej od Laury. Musiałam więc znaleźć spokojne miejsce, żeby wykonać kilka telefonów i załatwić sobie lokum. W tym celu udałyśmy się z Laurą do Haffnera i bezczelnie usiadłyśmy w pobliżu recepcji. Podczas gdy Laura zaczytywała się lekturą gazety, ja dzwoniłam po rodzinie, olewając przy tym różnych znanych ludzi, którzy mnie mijali (co zresztą stało się niejako tradycją już w ubiegłym roku, w końcu co mnie jacyś aktorzy obchodzą). Pobyt udał się nadspodziewanie dobrze, udało mi się bowiem załatwić nocleg na kolejne dni, a Rubenowi Ramirezowi Hidalgo udało się popromować przy recepcji. Pojawienie się Monakita wychodzącego na trening skomentowałam Natalii mniej więcej tak: "Monaco właśnie poszło na trening, zobaczyło mnie i się uśmiechnęło". Muszę się spowiadać Natalii, żeby potem nie było, że coś przed nią ukrywam :P Nieco już uspokojona wróciłam z Laurą na korty. Na trójce już czekała na mnie Natalia, a torby Garcii i Prieta utrudniały mi wejście na trybuny. Chłopcy grali z nieznanymi mi bliżej Fisherem i Vassenem. Przy jednej z wymian puściły nam już nerwy i po jakże fuksiarskim zagraniu Argentyńczyków nagrodziłyśmy ich gromkimi brawami, na co Prieto odpowiedział śmiechem i zaczął nam na migi tłumaczyć, co się właśnie stało (jakbyśmy same nie widziały). Jakiś czas potem zjawił się Acasuso i usiadł... chyba nie muszę mówić gdzie. Oblukał buty Natalii i wreszcie zajął się dopingowaniem kolegów. Następnie zmieniłyśmy otoczenie na piękny kort nr 1 i Mónaco z Rossetem na nim. Oczywiście doping był należyty, nie ma co się powtarzać. Po tym meczu chciałyśmy zobaczyć kolejny debel, Arnold/Hood vs. Blanco/Huss. W końcu musiałam zdopingować Galo do walki. Zorientowawszy się jednak, że na korcie nr 2 rozgrywany jest jeszcze poprzedni mecz, udałyśmy się do kawiarenki w celu skonsumowania ciepłego posiłku. Po konsumpcji wróciłyśmy na dwójkę, a panie ciągle grały. Postanowiłyśmy więc pójść do domu i przebrać się w coś cieplejszego. Aby tego dokonać potrzebny był nam jednak klucz, znajdujący się w kieszeni spodni Laury. Laura natomiast znajdowała się na korcie centralnym. Jakimś cudem udało nam się ją wypatrzyć, obejrzałyśmy też końcówkę podkładania się Marata. Po powrocie zobaczyłyśmy zakończenie meczu Myskiny, która, w przeciwieństwie do rodaka, została nagrodzona gromkimi brawami. Oddałyśmy klucz i skierowałyśmy się w stronę kortu nr 2. Ku naszemu zdziwieniu, pan ochroniarz oznajmił nam, że panie dopiero skończyły, a więcej meczów na tym korcie nie będzie. Obeszłyśmy więc cały kompleks by w końcu dowiedzieć się, że mecz zdążył już się odbyć! 61 62, chyba nie muszę mówić dla kogo. No to długo sobie Blanco w deblu nie pograł... :| Na deser zostawiłyśmy sobie mecz Kubota ze Squillarim. Tym razem zamierzałam dopingować Łukasza, bo choć jest to tenisista, który lubi się popromować, to robi dosyć miłe i sympatyczne wrażenie. Jego niewątpliwym plusem jest też narodowość :D Cóż, Szczękościsk musiał się z tym jakoś pogodzić. Niestety, nie dał Kubotowi szans i gładziutko wyeliminował go z turnieju. Wieczorem jak zwykle poszłyśmy balować. Na Monciaku spotkałyśmy wiecznie szczęśliwego Mantillę ze znanym już nam kolegą, a na trasie Copacabana – Galaxy, Rosseta, który wcale nie chciał zabić Natalii wzrokiem. W Galaxy potańczyłyśmy trochę, dopóki nie zaczęli puszczać naszej "ukochanej" techniawki, a potem poszłyśmy grzecznie spać.
CZWARTEK, 12 sierpnia – Vamos Giorgio! Jedziesz go!
Jak widzicie, im bliżej końca tygodnia, tym robi się nudniej, w sensie że siedzimy na kortach i oglądamy mecze, a co za tym idzie nie bardzo jest o czym pisać. Od teraz będzie jeszcze gorzej, bowiem już od czwartku musiałam wcześnie wychodzić z kortów, żeby zdążyć w Gdyni na ostatni dzienny autobus. Jakoś nie przekonywało mnie szwędanie się samej po nieznanym mieście w okolicach 1.00 w nocy i czekanie na pustym przystanku na nocny. Podczas gdy Laura i Ola dostawały w dupę od Marty, ja tahałam moją walizkę najpierw do kolejki, potem do autobusu, by wreszcie wnieść ją na pierwsze piętro bloku na ul. Ikara w Gdyni. Na szczęście zdążyłam wrócić na czas, żeby spokojnie zająć miejsce na korcie nr 2, gdzie chwilę później rozegrało się spotkanie Martin/Nadal vs. Arnold/Hood. W tym czasie Natalia dopingowała włosko-argentyński duet wtapiający z Garcią i Prieto. Mi dla odmiany towarzyszyła Agata (Coria fan) i Emila (ta z Trójmiasta). Stanowiłyśmy chyba mocne ogniwo tego meczu, bo dzięki naszemu wsparciu (no i może odrobinkę dzięki swojej grze LOL) Beto i Rafi ograli Argentyńczyków. To właśnie Emilia zwróciła mi uwagę, że Nadal co chwila zerka w moją stronę, na co nawet ja w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi. Nie wiem czy miało to oznaczać podziękowanie za doping czy raczej nieme "zamknij się wreszcie, bo nie mogę grać". Emilia w ogóle okazała się bardzo bystra, zwróciła mi też bowiem uwagę na dwóch ok. 40-letnich kibiców tenisa, którym nasz doping ewidentnie sprawiał radość. Skwitowałam to głośnym "no tak, bo przecież dopingowanie tenisistów jest szalenie zabawne" czego efektem były spuszczone głowy owych panów i spokój jaki miałyśmy do końca meczu. Hiszpańscy chłopcy byli bardzo zadowoleni z naszego dopingu, czego efektem było posłanie piłki w naszą stronę po meczu, niestety Beto nieco zzezował i piłka powędrowała w ręce jakiejś pani. Podczas gdy ja emocjonowałam się hiszpańsko-argentyńskim pojedynkiem, Natalia zdążyła już zaliczyć mecz deblowy Juana i porażkę Davida Ferrera. Chcąc wzmocnić siły przed czekającym nas meczem Adriana udałyśmy się do znanej już wszystkim kawiarenki i wszamałyśmy co nieco. Nie wiem jakim cudem Natalia się nie udławiła trzymając w rękach obiekt zazdrości Acasuso. Godzinę później już siedział koło nas próbując wzbudzić naszą zazdrość swoimi tostami. Nie udało mu się to jednak, gdyż siedzące obok nas francuskie tenisistki wspomagające Mutisa skutecznie hamowały nasz apetyt. Podczas meczu skutecznie udało nam się trzymać kontakt z moim ulubionym stołkowym, Mohamedem, udało nam się również, a szczególnie Natalii, wyprowadzić z równowagi Mutisa, który krzyknął coś w jej kierunku. Ja ze swojej strony powiem tylko, że cieszę się, że ten piękny język jest mi obcy. Adrian mecz wygrał, czego i jemu i jego trenerowi pogratulowałyśmy. Dobrze mieć znajomego w postaci kapitana daviscupowej drużyny Chile :) Do meczu Mantilli z Portasem zostało jeszcze trochę czasu, skierowałyśmy się więc w stronę kortów treningowych z zamiarem dokonania zakupu wody mineralnej. Niestety, nie bardzo chciano nas wpuścić z uwagi na brak rozgrywanych tam meczów, udałyśmy więc, że jesteśmy bardzo głodne i zostałyśmy łaskawie wpuszczone. Jakiś czas później przyglądałyśmy się już pojedynkowi Giorgio di Palermo z jego kolegą, gdy naraz dobiegły nas oklaski słyszane pewnie w Gdańsku, a dobiegające z kortu centralnego. Giorgio spojrzał na nas pytającym wzrokiem, na co Natalia pewnym siebie głosem odparła, że "Domachowska wygrała!" Giorgio zdawał się nie rozumieć tego, co mówi Natalia, a Natalia zdawała się nie rozumieć, czego nie rozumie Giorgio, i dopiero po chwili do jej świadomości dotarła okrutna prawda, że posługiwanie się językiem polskim jest rzadko spotykaną umiejętnością wśród Włochów. Poprawiła się więc krzycząc "Domachowska won!" i cień zrozumienia pojawił się na twarzy Grzegorza z Palermo. Mecz Mantilla – Portas to thriller, który nie do końca dane mi było obejrzeć. Do domu jechałam więc w poczuciu niespełnienia, które szybko zostało jednak zaspokojone smsem z wynikiem meczu. Spać poszłam zmęczona acz szczęsliwa i z nadzieją patrząca w przyszłość, którą stanowiły piątkowe rozgrywki. Tego dnia oprócz Davida Ferrera z turniejem pożegnała się też Laura, a my z nią nie :x Jeszcze raz przepraszam, ale rozumiesz... Laura – Adrian, Adrian – Laura... hmmm.... za rok Ci to wynagrodzimy :D
PIĄTEK, 13 sierpnia – Pennetta – gentlewoman IPO 2004
Po przebudzeniu miałam tylko jedną myśl w głowie – dzisiaj istnieją dla mnie dwa mecze: Garcia vs. Mantilla i Mónaco vs. Lopez. Już od czwartkowego wieczoru cieszyłam się, że właśnie te dwa mecze nie zostały zaplanowane na korcie centralnym, do tego miały być rozegrane jeden po drugim o odpowiedniej dla mnie porze, co oznaczało, że będę w stanie je obejrzeć. Poranek przyniósł jednak rozczarowanie. W Gdyni tylko na moment przestało lać a zaczęło kropić, a wieści z Sopotu były jeszcze mniej pomyślne. Mimo wszystko postanowiłam pojechać do Sopotu, w końcu miałam już bilet kupiony przez Natalię. Teraz już wiem, że nawet najgorsza pogoda nie jest w stanie stanąć nam na drodze. Pod treningowymi dostrzegłam kolejny plus naszych forumowych koleżanek, Agaty i Emilki. Nie wiem czy szybko bym wpadła na to, że zamiast szwędać się po mieście można trochę posiedzieć na przystanku, na którym nie pada. Co więcej, na przystanku z widokiem lepszym od niejednego apartamentu hotelowego, bowiem przystanek usytuowany był na przeciwko jadalni dla tenisistów. Tenisistę wprawdzie widziałyśmy jednego – Vanka, który najwyraźniej chciał na nas zrobić wrażenie plącząc się ciągle w tę i we wtę. No, widziałyśmy też przez moment Adriana, z którym się pożegnałyśmy. W pewnej chwili wyszedł też pan Giorgio z Pennettą, która dzielnie osłaniała towarzysza parasolką. I teraz play of the day – Giorgio robi zdjęcie Natalii i Pennecie. Najpierw pochwalił się, że jest z zawodu fotografem, a potem nie zauważył, że przesłona była zasłonięta i zdjęcie nie zostało zrobione LOL. Oddalili się niespiesznym krokiem, Pennetta dzierżąc parasolkę nad Giorgiem. Myślę, że po prostu ćwiczyła bicepsy. Kiedy już znudziło nam się kwitnięcie na przystanku, Emilia i Agata poszły w jedną stronę, my z Natalią w drugą. Tak się złożyło, że my poszłyśmy w kierunku Haffnera, gdyż nagle poczułyśmy głód (myślicie, że brak śniadania mógł mieć z tym coś wspólnego?). Gdy ja kończyłam szarlotkę i próbowałam zagłuszyć nazbyt głośne wypowiedzi pana T. Tomaszewskiego nucąc w myślach "Wlazł kotek na płotek", Natalia udała się do toalety. Już gdy wracała, zauważyłam, że jest nienaturalnie rozpromieniona, aż wstyd mi było zapytać co takiego się wydarzyło. Na szczęście zaczęła sama, i dowiedziałam się, że w drodze powrotnej spotkała swoje odkrycie, Juana z Monaco. Niestety, nie mogę zdradzić jak potoczyła się ich rozmowa. Powiem tyle: 1) on zdecydowanie nie jest cichociemny 2) Natalia musiała rzucić na niego urok skoro tekst Natalii zrobił na nim TAKIE wrażenie 3) Natalia nie jest egoistką, pozdrowiła go bowiem również ode mnie. Najedzone i szczęśliwe wróciłyśmy w okolice kortów treningowych i chyba zaraziłyśmy optymizmem aniołki, bo wreszcie przestały się mazać i "już" po 1,5 godzinie na kort numer 2 wyszli Felix Mantilla i Adrian Garcia. Pomyślałyśmy, że szczęście uśmiechnęło się w końcu do nas, jednak nie trwało to długo, bowiem już pod koniec rozgrzewki znowu zaczęło padać. Kiedy tenisiści schodzili z kortu, rzuciłam do Adriana: "nice match" i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Natalia poprosiła jeszcze, żeby o nas pamiętał jak wygra turniej, co zostało nam obiecane. Niestety, turnieju nie wygrał, nie wiemy więc czy jest słowny. To był drugi raz, kiedy żegnałam się z Adrianem, ale jak to mówi powiedzenie... do trzech razy sztuka.
SOBOTA, 14 sierpnia – Oh Adrian....
O weekendzie mam mało do powiedzenia, a to ze względu na pewne ograniczenia, które miałam. Natalia niestety wyjechała już w piątek, na szczęście miałam jeszcze Agatę i Emilkę. Miałam też Adriana, który wyszedł na kort nr 2 o 11.00 i mimo supportu przegrał z Felkiem. Uznałam, że to dobrze, że trenejro siedział na drugim końcu trybun, bo dzięki temu wsparcie było po każdej stronie siatki. Nie miał dla mnie znaczenia fakt, że trzy krzesełka dalej siedzi trener Mantilli (takie rzeczy w ogóle nie miały dla nas znaczenia przez cały turniej). Z trenejro Adriana wymieniliśmy skinienia głowy i pan Zuleta udał się na swoje miejsce. Przez moment wspomagała mnie Emilka, jednak szybko przeniosła się na mecz Nadala, który łatwo pokonał Squillariego. Potem wróciła na kort numer 2 i wspólnymi siłami próbowałyśmy utrzymać Adriana na powierzchni, co się nam jednak nie udało. Na nic zdało się krzyczenie "Vamos Adrian!", a raczej zdało się, ale ileż można się drzeć? Po meczu znowu udało mi się porozmawiać z Adrianem, i pożegnać trzeci raz, ostatni. Co więcej, kazałam mu się też uśmiechnąć do zdjęcia z jakąś panienką. Nawet mu się to trochę udało... Potem obejrzałam jeszcze pięć gemów konfrontacji Mónaco z Lopezem i ok. 13.30 udałam się w drogę powrotną do Gdyni. Ostatni raz widziano mnie o godzinie 16.00 w małym kościółku w spokojnej dzielnicy miasta. Za chwilę zaczynał się ślub...
NIEDZIELA, 15 sierpnia – Ten Acasuso to jakiś nachalny jest...
Wstałam o 11.00. Cóż, ślub nie jest codziennie, miałam prawo się wyspać. Byłam już pogodzona z tym, że nie zobaczę mojego odkrycia tenisowego w finale IPO. Właśnie miałam się brać za pakowanie walizki, kiedy przypomniałam sobie, że od soboty nie sprawdzałam wiadomości. Przeżyłam szok, kiedy przeczytałam, że Agata i Emila mają bilety na finały za 5zł!!! Owszem, miejsca były najgorsze z możliwych, ale w końcu od czego tam są schodki :D Nie namyślając się długo wsadziłam tyłek w autobus i pognałam ku przeznaczeniu. Dziewczyny zajęły cudowne miejsca, widok miałam lepszy niż niejeden v.i.p. Cóż tu dużo mówić o meczu, było fantastycznie! Defektów gry Nadala nie pamiętam, w końcu wygrywał a ja miałam klapki na oczach i już w myślach słyszałam "Game, set and match for Rafael Nadal!" Oczywiście był też doping i głośne "Vamos Rafi!" moje i Agaty. Ta to ma płuca!! Po meczu Rafi posłał piłkę w naszą stronę. Było jednak zbyt dużo ludzi, żeby mógł odpowiednio trafić. Nie ważne, ważne, że ma swój pierwszy tytuł ATP IS. Czy to nie cudowne? Pół roku temu myślałam sobie, że to całkiem możliwe, że Rafi mógłby przyjechać i stało się. Podobnie było zresztą z Corretją. Kiedy zaczął grywać w challengerach śmiałam się, że może w Sopocie wystartuje w eliminacjach... LOL. Finał debla. My na trybunie B, za co pragnę podziękować tacie Agaty, który w porę zauważył, że ochroniarz miał chwilę słabości. Ech, i gdyby Garcia nie przeszkadzał Prieto... Zupełnie nie wiem, co się stało. Natalia mówi, że on jest mistrzem woleja, ale powiem Wam w sekrecie, że widząc Garcię w tym finale pomyślałam sobie, że już Ferrero jest lepszym woleistą. Martin psuł każdą piłkę, każde jego zagranie kończyło się w siatce, no, czasami też na aucie. Za to Sebastian grał bardzo dobrze, mimo że sporo niższy od Garcii, sięgał do każdej piłki i wszystko przechodziło na drugą stronę. Niestety, samotnie debla się nie wygra, a Garcia mu tym razem przeszkadzał niesamowicie. Cermak i Friedl formą nie błyszczeli, tak było zresztą przez cały turniej. Jednak dzięki błędom przeciwników i swojemu doświadczeniu, wyszli z trudnej sytuacji (który to już raz) i ostatecznie zwyciężyli mecz i cały turniej. Oczywiście Acasuso nie byłby sobą gdyby nie usiadł kolejny raz w moim pobliżu. W niedzielę nawet zdobył się na mini-doping i brawa dla kolegów, co wprawiło mnie w zdumienie. Niestety, to nie był dobry dzień dla Argentyńczyków. Był za to dobry dla mnie i dla mojego odkrycia...
THE END
Jeszcze przed napisaniem tej relacji miałam w planach napisanie pewnego podsumowania, wyciągnięcie wniosków itd. Napisałam się jednak sporo i szczerze mówiąc mam już dosyć :P Dlatego chciałabym jeszcze tylko podziękować wszystkim, których spotkałam w Sopocie: Laurze, Natalii i jej mamie, Oli i jej mamie, Agacie i jej tacie, Emilii, Marcie (niestety mamy nie zdążyłam poznać), Krzysiowi, Biaggiemu (dlaczego ciągle nie wiem jak masz na imię?), Dinie i jej koleżankom, a także Giorgiowi, Mohamedowi, Adrianowi, Mariano, Jose, Jose Antosiowi, Juanowi, Guillermo, Guillemowi. Czy o kimś zapomniałam? Boże, mam nadzieję, że nie! A jeśli tak, to macie u mnie za rok pierogi :)
|